niedziela, 12 czerwca 2011

Stu ośmiu

W dniu dzisiejszym przypada wspomnienie 108 Błogosławionych męczenników corocznie obchodzone uroczyście Sanktuarium Matko Bożej Licheńskiej. W dolnej bazylice Sanktuarium znajduje się kaplica nazwana ich imieniem, w niej obraz beatyfikacyjny.

Wśród nich jest 3 biskupów, 52 kapłanów diecezjalnych, 26 kapłanów zakonnych, 3 kleryków, 7 braci zakonnych, 8 sióstr zakonnych i 9 osób świeckich. Zginęli różną śmiercią. Zamęczeni w obozach koncentracyjnych, rozstrzelani, spaleni z wiernymi w stajni. Jeden z księży został utopiony w kloace za odmowę sprofanowania różańca.  Są także świeccy a wśród nich kobieta, która ofiarowała swoje życie za brzemienna synową.

Tak się składa że również 12 czerwca, tylko 1967 r. w Działdowie sługa Boży prymas Stefan kard. Wyszyński poświęcił fragment homilii męczeństwu osób stanu duchownego przebywających na terenie KL Soldau (Działdowo).

Mam wrażenie, że świadomość fakt hekatomby polskiego duchowieństwa podczas II wojny światowej uleciał ze społecznej pamięci. Oby bliskie (mam nadzieję) wyniesienie na ołtarze kolejnych 122 męczenników przywróciło tę pamięć.

Fragment homilii* księdza Prymasa Wyszyńskiego:

Patrzyliśmy tak jeszcze niedawno na potężną pychę mocarzy, którzy przewalali się przez świat, ufni w potęgę stali. Imię ich zostało wymazane z ziemi żyjących, a ich niecne czyny napiętnowano w trybunałach międzynarodowych. Jeszcze dzisiaj po całym świecie ludzie poszukują przestępców wojennych i znajdują ich niekiedy nawet w szeregach tych, z którymi się przyjaźnią.



Jadąc do Działdowa przeglądałem książeczkę pt. Męczeński koniec arcybiskupa Juliana Nowowiejskiego, biskupa płockiego. Pragnąłbym z tej książeczki przeczytać wam przynajmniej kilka urywków. Powstała ona pod piórem sumiennego kapłana, który zbierał szczegóły z pobytu w Działdowie Arcybiskupa i kapłanów, więzionych tutaj przez Gestapo. Chociaż przeżyłem wojnę, jednak czytając te urywki myślałem: aż trudno uwierzyć, że człowiek może tak podle traktować człowieka. Oto kilka fragmentów.

"Najboleśniejszy punkt w programie dnia obozowego w Działdowie stanowiła dla naszych więźniów ranna i południowa, połączona z ćwiczeniami cielesnymi, przechadzka. Nikt nie był od niej wolny. Arcybiskup musiał w niej brać udział prawie aż do śmierci. Przechadzka jego nie różniła się od przechadzek innych więźniów. Ta tylko była różnica, jak zeznają sami więźniowie, że częściej ich, czyli księży, ćwiczono, częściej kazano biegiem wykonywać ćwiczenia. Arcybiskup szedł zawsze na końcu, podtrzymywany przez dwóch księży, najczęściej księdza Zalewskiego i Cabana lub biskupa sufragana. Codziennie księża prowadzący Arcybiskupa zmieniali się. Wciąż bowiem ich popędzano, nie tylko krzykiem: schnell. schnell, ale i batem. Arcybiskup nie mógł pospieszyć - miał wtedy 83 lata. Niekiedy koledzy, młodsi wiekiem, ciągnęli go za ręce w biegu. Młodsi księża prowadzący Arcybiskupa stale się zmieniali, ponieważ dostawali więcej kijów i batów niż inni za to, że powoli idą.
Ćwiczenia podczas przechadzki wciąż "urozmaicano**. Niekiedy księża popędzani rózgami brzozowymi lub batem musieli trzykrotnie biec w koło, zanim wolno im było stanąć w miejscach przeznaczenia. To znowu droga była znaczona i mierzona stałym "padnij, powstań" i nieodłącznym równaniem leżących w błocie. To równanie odbywało się nogą. Esesman kopnięciem buta naprostowywał leżącego, który upadł nierówno. A trzeba było naocznie widzieć, jak Niemcy umieli kopać! To znowu kazano więźniom padać na twarz i rozstawiać nogi. Esesmani idą wzdłuż leżących i kopią ich w podbrzusze. A kto z osłabienia i bólu na komendę, szybko, nie zdąży się podnieść, bity jest kolbą od karabina.
Zaraz po przyjeździe do obozu w marcu, podczas przechadzki, kazano wszystkim tarzać się w śniegu. Tę bolesną i wprost tyrańską pielgrzymkę księży mogliśmy co dzień dwukrotnie obserwować - mówią siostry kapucynki, które też tam siedziały. - Kopanie, bicie i znęcanie się było na porządku dziennym, szczególnie podczas tej drogi, a gimnastykę, jaką esesmani kazali uprawiać więźniom, wymyślił chyba sam szatan, tak była męcząca i poniżająca godność człowieka.
Niekiedy znowu podczas przechadzki, oprócz ogólnej udręki wymierzanej całej grupie kapłanów, np. padanie w błoto, wypatrywano sobie kogoś i specjalnie się nad nim znęcano. Księdzu prałatowi Strojnowskiemu założono lejce ze sznurów i tak jeżdżono z nim po podwórzu, aż upadł. Księdza prałata Michalaka kopano, gdy nie mógł powstać.
W Wielki Piątek, 11 kwietnia 1941 roku, Arcybiskup chwycił się za głowę. Upadł uderzony batem w głowę przez młodego esesmana. Innym razem, gdy szedł jak zwykle na końcu, podtrzymywany przez księdza Zalewskie go i księdza Cabana, spadło mu z ramion futro, którym był nakryty. Podbiegli esesmani, bili i kilka razy kopnęli Arcybiskupa. Ci sami podczas innej przechadzki zdarli mu z głowy zimową czapkę. Onurzali ją w błocie i włożyli na głowę. To znowu zdarli futro, umazali je w błocie i włożyli na Arcybiskupa"
.

Trudno czytać dalej. Gdy czytamy takie rzeczy, pytamy o jedno. W jaki sposób i jaką drogą powstaje taki człowiek? Jak dochodzi do tego, że normalnego człowieka można aż do tego stopnia upodlić? Przecież ci ludzie nie narodzili się tacy! Ktoś ich musiał tak wychować, uformować i przygotować. To jest pytanie i olbrzymi problem o światowych wymiarach.


Dzisiaj ludzie głowią się nad tym, w jaki sposób można było do tego stopnia sponiewierać człowieka, że dopuszczał się on tak potwornych czynów. Chyba nie można dać na to odpowiedzi innej, jak tylko tę, że dzieje się to wtedy, gdy człowiek przestanie patrzeć na człowieka braterskim okiem, gdy przestanie myśleć, że jest to dziecię Boże i że jest Bóg na niebie, który będzie sądzić żywych i umarłych. Sądzeni będą ci, którzy wydają takie rozkazy, i ci, co je wykonują, a także "wychowawcy", którzy tak formują ludzi, że czynią z nich zwierzęta dla zwierzęcych celów. Hitleryzm, chcąc przygotować zbrodniarzy i katów, na kilka lat przed wojną już w koszarach kazał im pastwić się i być okrutnymi nawet dla własnych kolegów, aby nauczyć ich okrucieństwa wobec narodów, które mieli zamiar podbić.


Straszną rzeczą jest niewiara! Straszną rzeczą jest wyzbycie się świadomości, że wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi, że za nas wszystkich umarł Chrystus, że zwycięża miłość, a nie nienawiść! Postęp i kultura nie innymi drogami, tylko od Bożego Serca, otwartego na Krzyżu, idzie na cały świat w bramy świątyń i w bramy otwartych serc. Jest to tajemnica współczesnego świata. Jakże wymowna jest ona dzisiaj, gdy wojna toczy się na wzgórzach pod Jerozolimą, tam, gdzie stał Krzyż Chrystusowy i gdzie okazała się największa miłość Boga ku człowiekowi, jako wzór - jak trzeba duszę swą dawać za braci. Jak straszną rzeczą jest człowiek poniewierający! Nie sponiewieranie i policzek odebrany, ale poniewieranie i policzek wymierzony znieważają człowieka. Pielęgnowana w sercu nienawiść, mobilizowana złość, wychowywane okrucieństwo - oto nieszczęścia ludzi, rodzin, ludów, narodów i świata!


Patrzymy dzisiaj ku tej tablicy. Oto dwaj biskupi - Nowowiejski i Wetmański, sponiewierani w "wychowawczym" - jak mówiono - obozie przejściowym w Działdowie. Oni są zwycięzcami! Przegrali ci, którzy ich poniewierali, kopali i policzkowali. Każda nienawiść, każda pięść wyciągnięta przeciwko bratu - jest przegraną. Każdy skrzywiony wyraz twarzy - jest przegraną. Człowiek pielęgnujący w sobie niechęć, nienawiść i złość - przegrał! Miłość zwycięża!


Oto bodaj najważniejsza lekcja, która płynie jasnymi promieniami z tej tablicy, z książki biskupa Korszyńskiego, ze śmierci biskupa Michała Kozala, biskupa sufragana lubelskiego Gorala oraz innych biskupów i kapłanów, którzy zginęli w obozach. Czy powiemy o nich, że przegrali? - "Przecenną jest śmierć świętych Pańskich w oczach Bożych". A i w naszych oczach! My bowiem przy szliśmy tutaj właśnie po to, aby radować się z ich zwycięstwa i uczyć się, jak zwyciężać. - "Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj". Zdawałoby się, że tragiczne i nie do wykonania są Chrystusowe słowa: "Gdy cię uderzą w jeden policzek, nadstaw drugi". Ale pomyślcie nad tym, co powiedziałem. Kto jest zwycięzcą? Ten, kto uderza, czy ten, kto jest uderzony? Zwycięzcami są oni - uderzeni, sponiewierani i skopani. Chrystus na swojej drodze z Jeruzalem na Kalwarię też był policzkowany, poniewierany i kopany, a jest Zwycięzcą. Śpiewamy do dziś dnia: Christus vincit, Christus regnat, Christus imperat. Człowiek pragnąłby wszystko powiedzieć, ale roztropnie uczyni, jeżeli zamilknie, a resztę pozostawi łasce Bożej. Niech ona mówi i uczy nas przedziwnej mądrości, do której - po ciężkich przegranych - dochodzi dzisiaj świat.
(...)
Niech przyczyna wspaniałych "męczenników działdowskich" wyjedna wam i całej Ojczyźnie zwycięstwo przez wiarę, nadzieję i nieśmiertelną miłość.
Działdowo, 12. VI. 1967.

Zbiór wystąpień Stefana kard. Wyszyńskiego Prymasa Polski Idzie nowych ludzi plemię wyd. Pallotinum, 1973, str 113-116.



Obraz beatyfikacyjny





.

Brak komentarzy: